W strachu, że z okazji zbliżających się Walentynek zostanę zalana powodzią antykomercyjnego, antyamerykańskiego (i w ogóle - anty) jadu bałam się włączyć komputer. Tymczasem do tej pory nie zaatakowały mnie fale narzekań na różową tandetę i banalnych upomnień, że kochać mamy się na co dzień; podobnie zresztą rozczarowały mnie sklepy, w których, poza paroma wyjątkami, próżno szukać serduszek i gołąbków (natknęłam się tylko na promocję seksownej bielizny w Tesco).
W związku z tym karygodnym brakiem zalewu słodyczy i żółci, która zazwyczaj była nań odpowiedzią postanowiłam sięgnąć dziś po coś prawdziwie miodowego. Ale najpierw ważna wiadomość dla fanów polskiego i irlandzkiego piwa.
 |
| fot. Kiriwina |